Kłomino – miasto duchów
październik 2023
Kłomino to miejscowość zagubiona w lesie, do której można dojechać tylko dziurawą drogą asfaltową. Kierując się w stronę Nadarzyc, napotykamy wymalowane na drzewie czerwoną farbą napisy ze strzałką kierunkową wskazującą miejscowość.
Droga staje się coraz bardziej dziurawa i w pewnym momencie dojeżdżamy do kilku zagubionych w lesie budynków. Widać, że dwa z nich posiadają właściciela, bo mają nowe okna i drzwi. Pozostałe niestety zieją czarną czeluścią, a spacer po zdewastowanych pomieszczeniach napawa grozą. Przypadkowemu turyście aż trudno sobie wyobrazić, że w tym miejscu przez wiele lat znajdowała się radziecka baza wojskowa dysponująca rakietami dalekiego zasięgu.
Szachownica z wytyczonych dróg wskazuje na to, że kiedyś było tu wiele obiektów, ale część z nich została wyburzona, a ślady po fundamentach zarosły zielenią i drzewami. To opuszczone i zagubione wśród leśnych ostępów miejsce jest obowiązkowe do odwiedzenia dla miłośników tajemniczych punktów na mapie.
A jak doszło do tej rujnacji? Było to tak:
Na temat okresu „radzieckiego” w historii Kłomina jest oczywiście bardzo mało danych. Był to teren zamknięty, wyjęty spod polskiej jurysdykcji. Po przejęciu go przez władze polskie na temat przeszłości wywnioskować można było, iż znajdowała się tam: brygada rakietowa rakiet taktyczno-operacyjnych, pułk zmechanizowany i batalion rozpoznawczy. Teren techniczny jednostki rakietowej, czyli miejsce, gdzie fizycznie były rakiety, znajdował się około 6 km w linii prostej od Kłomina.
Tajemniczy obszar znajduje się w głębi lasu, w okolicach miejscowości Brzeźnica-Kolonia. Minimiasteczko było samowystarczalne. Znajdowało się tam wszystko, co było potrzebne do normalnego funkcjonowania: budynek dowodzenia, koszary, garaże, hydrofornia, sklepy, kino i bloki mieszkalne. Dzieci dowożono codziennie do szkoły w Bornem Sulinowie. W tej elitarnej jednostce stacjonowało około 300 żołnierzy oraz oficerowie z rodzinami. Budowę obiektów w „środku lasu” rozpoczęto w 1972 roku. Prace trwały bez przerwy przez sześć lat. Teren otoczono wysokim potrójnym płotem i zasiekami z drutu kolczastego pod napięciem. Obszar patrolowali uzbrojeni żołnierze. Nikt nie mógł zbliżyć się do ściśle tajnej bazy. Jak się okazało po wyjeździe wojsk rosyjskich – bazy rakietowej, gdzie oprócz typowych zabudowań pozostały także silosy po ruchomych wyrzutniach rakiet dalekiego zasięgu.
W 1992 roku, gdy rosyjscy żołnierze wraz z rodzinami opuścili miejscowość, pozostało po nich puste miasto. W przeciwieństwie do położonego nad jeziorem Bornego Sulinowa zagubione wśród lasów Kłomino jest prawie niezamieszkane, a obraz zniszczenia robi wrażenie na każdym, kto tam dotrze.
Historia Kłomina zaczyna się jednak w latach 30-tych XX wieku, gdy niemiecka armia wybudowała miasto o nazwie Westwalenhof. Stacjonowały w nim niemieckie oddziały Służby Pracy, a później zorganizowano tam obozy jenieckie. Miasto składało się z wielu dróg i zabudowań, placów ćwiczebnych, schronów i całej infrastruktury wojskowej. Mieszkało tu nawet 25 tysięcy osób. W pobliżu Kłomina przed wojną funkcjonował też obóz jeniecki Grossborn. O obozie napiszemy jednak innym razem.
Po wojnie miasto zajęły wojska sowieckie. Do dawnego obozu jenieckiego trafili tym razem Niemcy. Pozostał po nim tylko nasyp kolejowy i ruiny bocznicy, gdzie dokonywano wyładunku. Szacuje się, że w podkłomińskich lasach spoczywają zwłoki około 30 tysięcy jeńców.
Za czasów sowieckich w Kłominie (nazywanym wówczas Gródkiem) żyło ok. 5 tysięcy mieszkańców. Potrzeby Rosjan były mniejsze niż Niemców, więc ok. 50 budynków rozebrano. Mówi się (jak to i w kilku innych miejscach na tzw. „ziemiach odzyskanych”), że cegły z rozebranych budynków posłużyły do budowy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Na ich miejscu wybudowano bloki z wielkiej płyty. Powstały także punkt medyczny, garaże, sklepy, stołówka i kino. Życie toczyło się tu do 1992 roku, kiedy wojska radzieckie opuściły to miejsce na zawsze.
Początkowo dawną bazą władał wojewoda koszaliński, który za rządowe dotacje (4,8 mln zł) rozpoczął odbudowę oczyszczalni, kotłowni, doprowadził oświetlenie i wodę. Pieniądze jednak zmarnotrawiono, bo do dziś nie udało się tchnąć życia w opuszczone miasteczko – nie działa prawie nic, np. nigdy nie zamontowano urządzeń nowej kotłowni. Miażdżący raport Najwyższej Izby Kontroli na ten temat leży na biurku gotowy od kilku lat, ale do dziś nikt nie poniósł odpowiedzialności za miliony wyrzucone w błoto.
Gmina Borne Sulinowo, która w latach 1995–1998 przejęła Kłomino (bo po wycofaniu wojsk radzieckich wrócono do przedrozbiorowej nazwy miejscowości), również nie odbudowała miasteczka. To wtedy doszło do największych dewastacji. Ratusz sam zresztą się do nich dołożył, zrywając i sprzedając za prawie milion złotych kostkę brukową. Reszty dzieła zniszczenia dopełnili szabrownicy. Kradli wyposażenie i instalacje, potem burzyli budynki ciągnikami, a z rumowisk wyciągali belki i cegły. Ślady rabunku zacierali, wzniecając pożary. Zniknęło wszystko, co dało się wyrwać, odkręcić, uciąć i sprzedać. Bez pośpiechu, kawałek po kawałku, złodzieje rozebrali całe miasto. Obraz zniszczenia można obejrzeć na zdjęciach.
Sceneria niczym z horroru, brak zasięgu telefonicznego i otaczający las dodają wieczorem adrenaliny. Gruzowiska i drogi zarastają lasem. Swego czasu pojawiła się oferta sprzedaży miasta za 2 miliony zł, ale nie pojawił się żaden chętny. Były również pomysły, aby utworzyć obóz dla harleyowców, oazę dla emerytów, ośrodek dla narkomanów, więzienie czy poligon dla grup ratowniczych. Planowano też osadzić tutaj Polaków z Kazachstanu. Plany zostały na etapie papieru…
Decyzją lokalnych władz od 2008 roku miasto jest systematycznie wyburzane. Jakiś czas temu gmina zesłała tu tych, którzy nie płacą za mieszkania. Kilkanaście rodzin z wyrokami eksmisji zamieszkało w jednym z budynków koszarowych. Gmina rozbierała miasto w ciągu dnia, a „zesłańcy” i okoliczni mieszkańcy nocami.
Władze gminy przeniosły w końcu eksmitowane rodziny do Bornego Sulinowa. W Kłominie (poza dwiema rodzinami leśniczych) zostało pięć osób. Zajęli mieszkania na ostatnim piętrze, skąd otwiera się najlepszy widok na dawne miasteczko, i zaczęli prowadzić spokojne życie z dala od cywilizacji. Żywność latem zdobywają w pobliskich jeziorach (ryby) i lasach (grzyby). Ziemia jest jednak zbyt jałowa na uprawy. Po zakupy mieszkańcy muszą wybierać się do oddalonych o 5 km Nadarzyc albo do Bornego Sulinowa (ok. 10 km). Gdy nasypie śniegu, leśne ścieżki dookoła dawnego Gródka stają się nieprzejezdne.
Miejscowi z nadzieją patrzą na jeden z budynków, który w przeciwieństwie do pozostałych nie niszczeje z roku na rok, tylko ładnieje. Budynek rzuca się w oczy. To typowy „leningrad”, czteropiętrowy blok z wielkiej płyty, który jako jedyny ma zachowane w całości ściany i niezerwane balkony. Z zewnątrz ozdobiony jest niebieskimi ceramicznymi płytkami – to relikt czasów świetności Gródka. W środku nie brakuje poręczy przy schodach, a w mieszkaniach są drzwi i okna. Widoczny z daleka czerwony napis na elewacji ostrzega: „Teren prywatny dozorowany”.
Ewa Balcerek kupiła ten budynek 5 lat temu. Zanim jeszcze poradzieckie bloki zaczęły padać jeden po drugim, miała wizję tego miejsca. Niestety zmieniła nieco plany i sprzedała innemu inwestorowi dwie skrajne klatki, zostawiając w środkowej kilka mieszkań dla swojej rodziny. Obecnie stałych mieszkańców Kłomina jest bodajże 12.
Może zechcecie zajrzeć do tego niesamowitego miejsca, aby poznać zawiłe losy jego mieszkańców?
Informacje praktyczne:
W samym Kłominie raczej trudno o nocleg, ale duża baza noclegowa jest dostępna w pobliskim Bornem Sulinowie. W gorące dni można korzystać z wodnych kąpieli w jeziorze.
Około 8 km od Kłomina znajduje się Rezerwat przyrody Diabelskie Pustacie. Na terenie dawnego poligonu rozciągają się ogromne wrzosowiska, które można podziwiać z wieży widokowej. O tym miejscu napiszemy jeszcze w innym artykule.
Poniżej i w linku opisane miejsca
Podróżuj z dziećmi i bez dzieci













