Płakowice – historia koreańskich dzieci
marzec 2024
Zamek w Płakowicach (obecnie jest to dzielnica Lwówka Śląskiego) jest jedną z największych renesansowych budowli obronnych na Dolnym Śląsku. Wybudowano go w 1550 roku, ale później był wielokrotnie przebudowywany i rozbudowywany. Ostatnim prywatnym właścicielem był August Ludwig von Nostitz-Rieneck, od którego zamek odkupiła w 1824 roku rejencja legnicka, przeznaczając go na szpital psychiatryczny. Funkcjonował w Płakowicach do 1945 roku.
Najciekawsze w historii tego miejsca są jednak zdarzenia z lat 1953-1959. Otóż wówczas w poniemieckim budynku szpitala psychiatrycznego, na terenie zamku w Płakowicach znajdował się tajny ośrodek wychowawczy dla dzieci z Korei Północnej. Tak – to nie pomyłka.
Latem 1953 roku na stację kolejową w Płakowicach przyjechał pociąg wiozący koreańskie dzieci – sieroty, których rodzice zginęli podczas wojny domowej w ich kraju. Dotarły tu po długim czasie, pokonawszy trasę wiodącą m.in. przez Chiny i Związek Radziecki.
Płakowice przez sześć lat były schronieniem dla ponad 1200 dzieci z dalekiej Azji. Stało się tak dlatego, że rząd Polski Ludowej postanowił wesprzeć komunistyczną Koreę Północną w toczącej się wówczas w tym kraju wojnie domowej. Na lokalizację domu dziecka wybrano Płakowice ze względu na jej ustronne położenie na Ziemiach Odzyskanych. Chodziło o utrzymanie organizacji ośrodka wychowawczego dla dzieci w sekrecie. Przez wiele miesięcy nawet mieszkańcy pobliskiego Lwówka nie mieli pojęcia o obecności sierot w podmiejskiej wsi. Nauczycieli i wychowawców rekrutowanych do pracy w placówce niejednokrotnie kuszono przeprowadzką z odległych miejsc Polski. W większości wybierano ludzi młodych, którzy mogli przeprowadzić się z dala od rodziny w poszukiwaniu lepszych warunków bytowych.
Początki były niezwykle ciężkie zarówno dla dzieci, jak i dla polskich wychowawców. Sieroty nie znały nawet jednego słowa po polsku. I vice versa – polscy nauczyciele nie byli w stanie komunikować się z podopiecznymi po koreańsku. Ponadto, jak relacjonowali po latach nauczyciele, dużym problemem było również odróżnienie dzieci od siebie. Ich rysy twarzy w porównaniu z polskimi dziećmi wydawały się być identyczne, szczególnie z uwagi na fakt, że niejednokrotnie miały one po pięć, sześć lat. Zaskoczeniem dla polskich opiekunów była także wyjątkowa dyscyplina, która była skrzętnie pilnowana przez koreańskich opiekunów oraz tzw. kapitanów, czyli starsze dzieci wybierane na liderów grup. Bardzo często odmienności w wychowaniu i przepaść kulturowa pomiędzy obiema narodowościami powodowały konflikty. Na szczęście w krótkim czasie się to zmieniło.
Po miesiącu zajęć w szkole niektóre dzieci potrafiły już całkiem dobrze komunikować się w obcym dotychczas języku. Uczestniczyły w zajęciach prowadzonych po polsku, ale uczyły się także historii swojego kraju, wychowania obywatelskiego oraz języka koreańskiego. Pomiędzy wychowawcami a sierotami zawiązały się szczególne więzi. Polacy, począwszy od kierowców, kucharek, a na dyrektorach skończywszy, okazywali wychowankom wiele ciepła. Z tego powodu po powrocie do Korei dzieci pisały listy zaadresowane do „mamy” lub „papy” z dalekiej Polski.
Przez sześć lat pobytu w Płakowicach zawiązało się wiele relacji, a nierzadko miłości i pierwszych sympatii. Wspaniała jest zwłaszcza historia więzi młodej Koreanki Kim Ki Dok oraz wrocławskiego lekarza, twórcy stacji krwiodawstwa w dawnym Breslau oraz żołnierza Armii Krajowej – dr Tadeusza Partyki. Mężczyzna, poruszony losem sieroty chorej na raka, przez trzy miesiące ratował jej życie, wykonując liczne transfuzje krwi, które w tamtych czasach były luksusem. Partyka nierzadko ryzykował reputacją oraz posadą, aby zdobyć krew dla dziewczynki. Niestety białaczka pokonała Kim Ki Dok. Koreanka została pochowana ma cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu.
Wyjazd z Polski i powrót do ojczyzny nastąpił nagle i niespodziewanie. Ze względu na wytyczne przysłane przez państwo koreańskie w 1959 roku pierwsza grupa dzieci i młodzieży opuściła Płakowice. Dla obu stron było to straszne przeżycie. Większość z sierot pragnęła zostać w Polsce i spędzić tu swoje życie. To tu zdobyły przecież wykształcenie, poznały język i bliskich przyjaciół. W Korei czekał na nie jedynie obraz zniszczenia i powojennej zawieruchy – nie miały tam nikogo.
Nie mniej wzruszające były listy, jakie polscy nauczyciele otrzymywali jeszcze wiele lat po opuszczeniu przez Koreańczyków płakowickiego ośrodka. Dzieci pisały o tęsknocie oraz wspominały chwile spędzone w Polsce. Pragnęły ponownie skosztować smalcu, pobiec do pobliskiego lasu i uczyć się w polskiej szkole. Jeden z chłopców uciekł nawet z Korei i pieszo udał się na Zachód, aby dotrzeć do Polski. Podobno znaleziono go martwego na terenie Chin, gdzie utopił się w bagnie. Niestety wiele kontaktów urwało się z powodu cenzury. Pozostały jedynie zdjęcia, listy i wspomnienia.
Po tej niesamowitej historii pozostała jeszcze jedna namacalna pamiątka, mianowicie tablica ulokowana na ścianie obecnej Szkoły Podstawowej Nr 3, która w dwóch językach przypomina o dawnych mieszkańcach tego miejsca. Kto wie, być może kiedyś, spacerując płakowickim parkiem, wśród budynków Zespołu Placówek Edukacyjno –Wychowawczych, spotkamy starszego Azjatę, który ze łzami w oczach będzie wspominał swoje dzieciństwo?
Od 1992 roku zamek w Płakowicach należy do Chrześcijańskiego Ośrodka "Elim" Kościoła Baptystów. Aktualnie po przejściu przez kamienny most i bramę wjazdową oglądać można piękny arkadowy dziedziniec, natomiast wnętrza są przeznaczone na cele mieszkalne dla członków wspólnoty. Niestety okazały budynek szpitalny po pożarze pozostaje do dziś w ruinie.
Informacje praktyczne:
Istnieje możliwość bezpłatnego parkowania w pobliżu zamku. Wstęp do lokali zajmowanych przez kościół baptystów jest niestety niemożliwy.
Lokalizację obiektu przedstawiamy
w linku oraz na mapie zamieszczonej niżej.
Podróżuj z dziećmi i bez dzieci






















